niedziela, 7 marca 2010

Trzy granice

Strasznie chaotycznie mi sie pisze - niestety rzadko mam dobry dostep do internetu, a czasu tez niezbyt wiele, wiec pisze i publikuje bez przeczytania.

Wodospady Iguaçu i elektrownia Itaipu znajduja sie u zbiegu rzek Paraná i Iguaçu - pierwsza rozdziela Brazylie i Paragwaj, a druga Brazylie i Argentyne (z poprzednich postow pewnie nie wynikalo to zbyt jasno). W tym zakatku znajduja sie 3 sasiadujace miasta - Foz do Iguaçu (Br), Puerto Iguazu (Arg) i Ciudad del Este (Par).

Co do Foz - jest to dosc duze (325 tys. mieszkancow) miasto, mocno nastawione na turystyke (druga najwyzsza liczba miejsc noclegowych - po Rio de Janeiro - w Brazylii) i szmugiel samochodow. Jak na takie miasto zbyt duzo jest warsztatow samochodowych - wiaze sie to z handlem kradzionymi czesciami samochodowymi i calymi samochodami - kradziez samochodow w Brazylii, przejazd do Paragwaju, rozlozenie auta na czesci i ich sprzedaz z powrotem w Brazylii jest podobno na porzadku dziennym. Potwierdza to rowniez liczba samochodow zatrzymanych na posterunku policji drogowej przy wyjezdzie z Foz - stalo ich tam ponad 100. Prawdopodnie caly handel nakrecany jest dzieki przekupywaniu celnikow. O turystyce swiadczy natomiast fakt, ze niemal wszedzie mozna sie dogadac po angielsku - w parku przy wodospadach, w hostelu (w argentynskim recepcjonista cos tylko dukal), w Itaipu przewodnik mowil nawet z brytyjskim akcentem, bo mieszkal w Brighton. Hostel w miare tani (tanszy niz Gdansk, czy Krakow), z basenem, pokoj z lazienka, sniadanie w formie szwedzkiego stolu (w Argentynie zaserwowali nam 1 bulke, lyzke masla, dzemu i masy o smaku krowki), chyba najlepszy hostel, w jakim zdarzylo mi sie spac dotychczas, szczegolnie w relacji do ceny.

Puerto Iguazu - malutkie miasteczko, mnostwo hoteli, ale poza tym slabo przygotowane do przyjecia turystow - nie znalezlismy zadnej informacji turysytcznej, malo restauracji, przetrwalismy dzieki Sérgia sportugalizowanej hinszpanszczyznie (co czasem konczylo sie komentarzem rozmowcy - copos to w Brazylii, tu sie mowi costam). Nawiazujac do watku o argentynskim jedzeniu - drugiego dnia znowu bylo przesolone (jadlam miejscowa rybe podobna do suma). Jesli chodzi o picie - ceny wina zaczynaja sie od 4 pesos, czyli 3 PLN (1 peso = ok.0,76 PLN), w restauracji butelka - od 15-18. Symbolem Argentyny jest jednak yerba mate - niemal kazdy sprzedawca w sklepach pil ja caly czas - dolewajac sobie tylko wody z termosa (goraca) lub jakiejs przenosnej lodowki. Nawet kierowca autobusu mial towarzysza, ktory mu trzymal kubek i dolewal wody do tej herbaty.

Co do Paragwaju nie moge sie zbytnio wypowiedziec. Mielismy sie niby przejsc do tego miasta przygranicznego, ale to podobno niebezpieczne - notoryczne gina portfele i dokumenty - zlodzieje robia dziury w torebkach (co znam juz z autobusow w Polsce). Poza tym w tamtym miasteczku nie ma raczej nic do zobaczenia. W Paragwaju niejako bylam tylko podczas wizyty w elektrowni Itaipu - z budynku jest zolta linia symbolicznie pokazujaca granice pomiedzy panstwami ;)

Niestety opuscilismy juz Foz - wczoraj bylismy w Vila Vehla - parku stanowym z kamiennymi rzezbami i glebokimi jeziorami utworzonymi podczas przesuwania sie warstw ziemi. Dzis przyjechalismy do Kurytyby - niektore strony internetowe mowia, ze to drugie po Chicago najwieksze skupisko Polakow (nie wiem, czy wliczaja Londyn). Jutro odwiedze polska dzielnice - ciekawe, czy maja tu jakies gazety po polsku - podobno takie kolonie w Brazylii sa dosc odizolowane od krajow pochodzenia i konserwuja jezyk, taki jaki byl w momencie opuszczenia ojczyzny. Nowe slowa, typu komputer, po prostu uzywaja po portugalsku. Pewnie smiesznie byloby czegos takiego posluchac.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz