Od srody jestesmy w Buenos Aires,najbardziej europejskim miescie Ameryki Pld., ulubiona wakacyjna destynacja bogatszych mieszkancow pozostalych krajow. Miasto na pewno duzo bardziej uporzadkowane - w centrum wszystkie ulice przecinaja sie pod katem prostym, a przecznice sa co 100m. Warto jednak miec na uwadze fakt, ze BA ma 3mln mieszkancow, a nie kilkanascie jak SP, czy Mexico City i nie roslo w tak zabojczym tempie. Ogolnie o tym, ze jestem w Ameryce Lacinskiej a nie w Europie przypomina mi fakt, ze pieszy nie ma tu zbyt duzych praw. Popularne jest przechodzenie przez ulice (4-6 pasow w kazda strone), gdzie popadnie, bo nie robi to wiekszej roznicy, niz gdyby probowac przejsc na zielonym swietle. Samochody skrecajace w prawo lub lewo i tak maja pierwszenstwo, niezaleznie od faktu, ze jest sie na pasach. Prawo silniejszego rules. Pozostajac w temacie transportu - w BA jest najstarsze metro w Am. Pld. - stacje czesto ozdobione sa kolorowymi obrazami z plytek (jeden przedstawial np. wyglad miasteczka ulokowanego przez jezuitow). W pociagu metra wczoraj zauwazylam lampki takie ze zwyklymi zarowkami - takze widac zachowuja tradycyjny wyglad pociagow. Stacje czasem sa zapowiadane, czasem nie, wiec trzeba sie rozgladac. Linii metra jest 6, z czego 4 chyba rownolegle. Przesiadanie sie jest niezbyt wygodne, metro sluzy raczej do przejazdzki do centrum.
Co do samego Buenos Aires - miasto zdaje sie byc przesiakniete historia, ktora czasem jest wciaz zywa. Dzielnice takie jak San Telmo czy La Boca zachowaly swoj tradycyjny wyglad (pierwsza przypomina troche Paryz, kamieniczki, malutki rynek z restauracjami i parami tanczacymi od czasu do czasu tango, druga biedna z kolorowymi domkami i stadionem La Boca Juniors - tam gral Maradona - jego zdjecia sa niemal w kazdym barze). Kolejne turystyczne punkty miasta to Puerto Madero - wjazd do portu zaadaptowany dla restauracji, z mostami otwieranymi nie do gory, jak w Londynie, tylko na bok (znaczy obracaja sie poziomo pod katem 90st). Przypomina to troche wybrzeze rzeki w Turku - gdyby tylko w blokach na parterze porobic restauracje. Co do historii - bardzo waznym wciaz miejscem jest Plac Majowy (nazwa pochodzi od rewolucji 25 maja 1810, kiedy to Argentyna uzyskala niepodleglosc), tu odbywaja sie protesty, a czesc z nich jest nawet stala. Tzn. rozwieszone sa flagi weteranow wojny o Falklandy, czy tez innych osob wspominajacych wazne wydarzenia historyczne. Najwazniejsze sa jednak spotkania Matek Placu Majowego, odbywajace sie co czwartek od 1977 r., spowodowane zaginieciem ok. 30 000 osob w latach 70-tych. Czesc z nich zostala odnaleziona (choc czesciej ich dzieci, bo ginely glownie kobiety w ciazy, ktorych noworodki ladowaly potem u "odpowiednich" rodzin). Przy placu znajduje sie katedra i palac prezydencki. Co ciekawe, za palacem stoi pomnik Kolumba. Ogolnie w Buenos Aires widzielismy kilka pomnikow, ktorych istnienie zdaje sie nie byc uzasadnione. Na jednym z nich bylo mnostwo napisow sprayem "masowy morderca". Widzialam nawet pomnik Garibaldiego. Kolejnym turystycznym miejscem jest Palermo - bogata dzielica, z mnostwem sklepow i barow. Bylismy tam w niedziele wieczorem i bylo koszmarnie tloczno. Ale ciekawego nic. Recoleta - cmentarz, na ktorym pochowana jest Evita, Carlos Gardel (ojciec tanga). Niestety z nieznanych przyczyn byl zamkniety. W tej dzielnicy jest tez gigantyczny metalowy kwiat, przedstawiany czasem na pocztowkach - jego platki sie niby codziennie rozkladaja i skladaja, ale teraz jest zepsuty. Znajduje sie na placu upamietniajacym ONZ - brak wytlumaczenia dlaczego. Wola autora.
Bylam tez w miasteczku Tigre blizej delty La Platy - wycieczka raczej nieudana, niby sama podroz pociagiem miala byc atrakcyjna, a potem wycieczka statkiem, ale jedyna sensowna niestety przegapilismy. W miasteczku znajduje sie niby jedyne na swiecie (tak bylo na nim napisane) muzeum yerba mate - niestety w poniedzialek zamkniete.
Jutro plyniemy statkiem do Colonia del Sacramento w Urugwaju, a w srode wracamy do SP. Wiecej wrazen z Argentyny postaram sie jeszcze opisac za kilka dni. Ogolnie jest tu fajnie, choc zbyt podobnie do Europy - je sie dzem, maslo trzyma sie w lodowce, sa cytryny, a nie limonki, etc. Ludzie mili i pomocni, choc straszni z nich naciagacze - zdarzylo nam sie nawet, ze w restauracji na paragonie mielismy jakas drobna oplate za serwis wliczona, a kelner na paragonie dopisal "+ napiwek". Ogolnie czesto w restauracjach sa jakies koszty ukryte. Ale nie jest tu tak bardzo goraco, sporo parkow i drzew, czesto przelatuja papugi :))
Ale na wiki piszą, że aglomeracja ma 11 milionów. Tego nie widać?
OdpowiedzUsuńA jak z bezpieczeństwem? Też europejsko?