niedziela, 21 marca 2010

Colonia del Sacramento - Urugwaj

To najstarsze miasteczko w Urugwaju (ok. 26 tys. mieszkańców, 170 km od Montevideo, 45 od BA), ufundowane przez Portugalczyków w 1680 r. W kolejnych latach było przedmiotem ciągłych sporów pomiędzy Portugalią i Hiszpanią (a w XIX w. pomiędzy Brazylią i Argentyną), co kilkanaście lat należało do innej metropolii. Było ono atrakcyjne ze względu na swoje strategiczne położenie w ujściu La Platy - (do tej rzeki wpada nawet rzeka z SP - Tietê, można więc wpłynąć wgłąb kontynentu). Na starówce pozostały ślady po bytności obu narodów - została ona wpisana na listę UNESCO. Portugalczycy wybudowali tu twierdzę, ale pozostały tylko ruiny (fragmenty murów), a jedna z bram została w XX w. zrekonstruowana (twierdzę rozwalili oczywiście Hiszpanie). Większość domów wybudowanych było albo w stylu portugalskim (pochyłe dachy, kamienie), albo w hiszpańskim (płaskie dachy, cegła), albo jako mieszanka obu (bo podczas kolejnych inwazji burzono dobytek poprzedników - w tym katedrę). Różnice widać też w sposobie budowania dróg z kocich łbów - portugalskie miały kształt litery V, a hiszpańskie odwrotny (wyprofilowane były do zewnątrz).

Miasteczko jest bardzo przyjemne, spokojne, życie toczy się bardzo powoli. Podczas spaceru po starówce nasza przewodniczka szła tempem właściciela szczeniaczka, który co chwila przystaje, żeby obwąchać wszystko dookoła i ciągle się z kimś witała i rozmawiała. W mieście jest bardzo dużo wielkich bezdomnych psów (taka analogia do Moskwy) - jeden sobie mnie upodobał i cały czas za nami chodził, co sprawiło pewne problemy, bo wszedł na teren innego psa i omal się nie pogryzły. Nasza wycieczka musiała się zatrzymać, żeby psy rozdzielać ;) Przewodniczka niestety niewiele opowiedziała nam o historii Urugwaju - wiem tylko, że to republika niepodległa od 1828 r. (rewolucja zaczęła się w tym samym czasie co w BA), dzieci mają obowiązek chodzić do szkoły bezpłatnie (6+6 lat, potem studia w Montevideo). Na początku XX w. w miasteczku wybudowano stadion? do corridy - ale nawet nie ukończono jego budowy nim walki byków zostały przez rząd zabronione. Budynku nie można zwiedzać, widzieliśmy tylko z zewnątrz.

Kolejnym punktem wycieczki była urugwajska farma (która okazała się być farmą turystyczną i fabryką dżemów, marmolad i duce de leche - słodyczy podobnych do krówek). Właściciel farmy ma bzika na punkcie kolekcjonowania różnych rzeczy - zobaczyliśmy największą na świecie kolekcję wisiorków do kluczy, drugą największą na świecie kolekcję ołówków (w tym jeden z 10 najmniejszych ołówków wyprodukowanych w niemieckiej fabryce Faber-Castell), kolekcję pudełek po zapałkach, puszek, kufli, etc. Potem próbowaliśmy dżemów o różnych smakach - oprócz tradycyjnych był też bananowy, winogronowy, cebulowy (naprawdę smakował jak cebula). Te normalne były dla mnie za słodkie. Generalnie tu wszystko jest dość mocno słodzone. Potem zjedliśmy obiad - tym razem grill urugwajski - smakował w porządu, nic nadzwyczajnego i próbowaliśmy miejscowych deserów - pyszne. Po obiedzie mieliśmy ponad 2h czasu wolnego, który mogliśmy wykorzystać na wycieczkę konną lub rowerami. Jako że konno nie umiemy, to wybraliśmy rowery - pojechaliśmy do wioskowego portu i widzieliśmy mnóstwo papug na eukaliptusach :) Przejechaliśmy się też po okolicy, co skończyło się dla mnie rudolfowym nosem, czerwonym czołem i rękami. Plus totalnie pogryzionymi przez komary nogami. Niestety nie pomyśleliśmy o zabraniu na wycieczkę kremu z filtrem i offa :(

Po wizycie na farmie wróciliśmy do Colonii i mieliśmy jeszcze 3h czasu wolnego przed promem powrotnym. Przeszliśmy się po raz trzeci po starówce, popstrykaliśmy trochę zdjęć, obejrzeliśmy zachód słońca (na wschodnim wybrzeżu zachody słońca nie są zbyt ładne niestety) i pochodziliśmy po sklepach w poszukiwaniu pamiątek. Co ciekawe, najwięcej sklepów specjalizuje się w sprzedaży wełnianych swetrów, grubych szalików, mniej - w wyrobach skórzanych - kurtki, torebki. Wszędzie oczywiście też duce de leche i czerwone wino. Swetry były bardzo ładne, ale takie, co mi się podobały kosztowały nawet 1500 zł... Generalnie Urugwaj to jedno z najbogatszych państw Ameryki Płd. (bodajże drugie po Chile patrząc na PKB per capita), ceny są trochę wyższe niż w Polsce (ale to pewnie tylko w Colonii - miasteczku żyjącym z turystyki, w sklepach poza starówką pewnie jest taniej). Nie jest tam tak gorąco - przybrzeżne położenie powoduje, że częściej wieje wiatr i nie odczuwa się tak bardzo przypalania słońcem. Co ciekawe miasteczko po zachodzie słońca (ok. 19) umarło. Sklepy i restauracje!! zostały zamknięte. Przez ostatnie pół godziny czekania na autobus do portu nie mieliśmy więc co ze sobą zrobić. Ale ogólnie mi się bardzo podobało :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz