środa, 17 marca 2010

jeszcze o Argentynie

Tak jak pisalam to kraj bardziej zblizony kulturowo do Europy:
- standardem jest ciepla woda w kranach (uff), a nie tylko pod prysznicem,
- czesto spotykana jest klimatyzacja w mieszkaniach (nawet w pokoju w hostelu byla).
- pije sie herbate (nie tylko yerba mate, zwykla tez),
- uzywa sie czajnikow (w Brazylii wode na kawe gotuje sie w garnku, tylko na poludniu sa czajniki - w Kurytybie byly),
- sniadanie argentynskie - kawa i rogaliki podobne do croissantow (slodkie lub zwykle) - w stylu francusko-wloskim,
- w centrum BA ludzie opalaja sie w parkach (w kostiumach kapielowych) - znam to z Londynu, ale w Warszawie tez widzialam,
- w miescie sa skwerki i wychodki dla psow (choc niestety nie wszedzie i czasem trzeba mocno patrzec pod nogi),
- popularna jest instytucja wyprowadzacza psow - w jakims przewodniku przeczytalam dzis, ze to jedna z wizytowek miasta - mlody czlowiek z 5 czy nawet wieksza liczba psow,
- sa cytryny a nie limonki jak w innych krajach Ameryki Pld.(a myslalam, ze cytryny to tylko nad M. Srodziemnym rosna).

Co do cech wyrozniajacych (przynajmniej z mojego punktu widzenia):
- asado tudziez parrilla - czyli grill, niestety nie dowiedzialam sie, jak jest roznica miedzy tymi pojeciami. Ogolnie tu sie je duuuzo miesa, ale grillowanego, glownie wolowine, ale tez cos podobnego do naszego dzika np. Mieso przyprawia sie tylko sola i piecze odpowiednio dlugo, tzn. az sie upiecze od zewnatrz. Wewnatrz jest surowe, tylko cieple. Bleee. Choroba szalonych krow tu nie dotarla.
- z drugiej strony nie trudno znalezc tez potrawy wegetarianskie, w tym w szczegolnosci ze szpinakiem (czyt. Iza byla w raju) - mozna kupic swiezo zrobiony makaron, znalezlismy restauracje, ktora serwowala z 5 stron roznych nalesnikow, etc.
- oczywiscie wino. Nie pamietam, czy w Polsce pilam kiedys argentynskie, a jesli tak, to na pewno smakowalo inaczej. Przewaza czerwone wytrawne, ale nie jest takie cierpkie jak te kupowane w Polsce (ogolnie). Duzo bardziej czuc smak owocow. Probowalam chyba 3 roznych typow wina (w kazdym supermarkecie jest wiecej roznych win niz u nas wodek i piw razem wzietych), wszystkie mi smakowaly.
- wspomnialam juz, ze Argentyczycy na ogol sa mili, ale na pewno nie tak bardzo jak Brazylijczycy. I straszni z nich naciagacze (choc Sérgio stwierdzil, ze moze w Brazylii tez tak jest, tylko nas to nie dotyczylo, bo jego nie oszukaja). Dzis np. taksowkarz oszukal nas na 10 peso (7,5 zl), bo placilismy mieszanka pesos i dolarow (czyli cala nasza gotowka, bo powiedzial, ze bedzie 100 pesos, a bylo 150), nakombinowal cos przy liczeniu, ile mu dalismy, a ja w hiszpanskich liczbach sie troche gubie. Potem na lotnisku pani chciala mi sprzedac torebke za 150, na szczescie na innej z tej samej serii byla cena 130 i jej pokazalam. Ludzie poproszeni o pomoc czesto wymijajaco odpowiadaja na pytania.
- jeszcze o transporcie - w autobusach przy wejsciu kolo kierowcy jest automat, w ktorym kupuje sie bilety (w Brazylii sprzedaje je dodatkowy czlowiek). Niestety przyjmuje tylko monety, wiec autobusem przejechalismy sie raz. Ceny komunikacji miejskiej sa ekstremalnie niskie - 1 przejazd (w metrze mozliwe przesiadki) kosztuje 1,10 czyli z 80 groszy. Podobnie jest z pociagami - za ok. 35 km do miasteczka Tigre zaplacilismy 1,35 peso. Oczywiscie wszystko dzieki subsydiom krajowym. Zaskoczyl mnie dworzec kolejowy. Bilet kupiony w kasie kasuje sie w bramkach (jak w metrze warszawskim) i wchodzi sie na teren peronow, na ktorych narysowane sa strzalki, przy ktorych trzeba sie ustawic w kolejce do wejscia do pociagu, ktory nadjedzie (troche jak w metrze w Petersburgu). I ludzie naprawde w tych kolejkach stoja!
- co do bezpieczenstwa - niestety, raczej poludniowo-amerykansko. Trzeba wiedziec, gdzie mozna, a gdzie nie mozna sie pojawiac po zmroku. Na pewno nie mozna w dzielnicy La Boca (z kolorowymi domkami). W metrze widac sporo kobiet kurczowo trzymajacych torebki, ale sa tez ludzie slodko przysypiajacy, wiec chyba jest ok. W opiniach o naszym hostelu pisano, ze okolica niebezpieczna, ale bliziutko stacja metra (z 10m), wiec da sie przezyc. To chyba przesada, zazwyczaj wieczorem wracalismy na pieszo i nic strasznego nie widzielismy. Za to wczoraj dowiedzielismy sie, ze nastepna ulica rownolegla do naszej, to taki mini red district. Znaczy cale mnostwo pan czekajacych na klientow. A dowiedzielismy sie dzieki drugiemu uroczemu taksowkarzowi, ktory postanowil dowiezc nas do hostelu troche okrezna droga (wiekszosc ulic jest jednokierunkowych, wiec chyba mu sie zapomnialo wczesniej skrecic). O 23 musielismy wracac taksowka, bo metro juz nie dzialalo.
- platnosc karta nie jest rozpowszechniona (np. w naszym hostelu nie mozna bylo, a sa na hostelsworld), kasy fiskalne tez nie bardzo.
- co do zatloczenia - raczej nie odczuwa sie tych 11 mln. Moze dlatego, ze poruszalismy sie tylko po centrum, glownie metrem (kazda linia ma po kilkanascie stacji) lub pieszo, czyli tak naprawde po niewielkiej powierzchni. Uporzadkowane centum zdaje sie rozwiazywac sprawe, dodatkowo w centrum nie ma w ogole hipermarketow ani centrow handlowych, co pewnie dodatkowo eliminuje tlok (choc metro bywa zapchane), tylko turystow jest niemilosiernie duzo,
- jeszcze co do Argentynczykow. Generalnie sa bledsi (dlatego sie opalaja w parkach), ale maja czarne, badz brazowe wlosy. Bardzo sa podobni do Hiszpanow (z tego co pamietam z erazmusa). Uroda chyba nie zachwycaja.

Zdjec niestety nie mam duzo. Pewnie bede tego kiedys zalowac, ale juz sie czasu nie cofnie. Zdalam sobie z tego sprawe przedwczoraj wieczorem, kiedy juz bylo za pozno na dodatkowy spacer po San Telmo, czyli mojej ulubionej dzielnicy. Szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz