Przede wszystkim - troche zdjec na picasie, niestety jeszcze nieopisane i niekompletne, bo od 3 dni nie mam netu (teraz jestem w kafejce).
Ostatniego dnia w Rio zobaczylam wreszcie slynna statue Chrystusa na gorze (choc ciezko bylo ze wzgledu na chmure). Chmura zaslaniala zupelnie widoki na miasto i morze, wiec ogolnie slabo, zwlaszcza, ze kosztowalo prawie 40 reali, czyli ponad 60zl. Potem bylam w ogrodzie botanicznym, widzialam 200letnie palmy, owoce wieksze od arbuza na drzewach, malpy je jedzace, drzewo kakaowe, kawowe i wiele innych. A wieczorem dostalam goraczki.
Nastepnego dnia wyjezdzalismy z Rio i mielismy udac sie do Tiradentes, ok.340km na polnocny - zachod. Od rana jednak moja goraczka wydawala sie horrendalna i po zakupie mega drogiego (bo chinskiego ??? ) termometru okazalo sie, ze mam 38,5st. Mimo to wyjechalismy. 2 h pozniej bylo juz prawie 40, wiec pojechalismy do najblizszego publicznego szpitala (bo w prywatnym chcieli ode mnie 120 reali) i zostalam przyjeta za darmo! Na dobry poczatek dostalam zastrzyk w tylek (bo po 2 probach w zyle pielegniarka sie poddala, podobno sa za slabe) na obnizenie goraczki. Oprocz tego antybiotyki na 7 dni. Wczoraj bylam tylko na krotkim spacerze na gorce, gdzie niespodziewanie znalazl sie cmentarz. Cmentarz okazal sie byc atrapa, postawiona specjalnie na potrzebe filmu kreconego o zalozycielu miasta (wyrywacz zebow = tiradentes), jednym z rewolucjonistow sprzeciwiajacych sie wladzy Portugalczykow. Koles zostal przez nich powieszony, a jego rece i nogi powyrywane. Reszte dnia przespalam.
Dzis czuje sie juz prawie jak czlowiek. Zwiedzalam koscioly barokowe - kolejne pol tony zlota wewnatrz. Niektore elementy drewniane. Ciekawostka sa drewniane sufity. Tiradentes to kolejne po Paraty (nie opisalam, nad Atlantykiem) miasteczko kolonialne, czyli biale, max. jednopietrowe biale domki i kolorowymi obramowaniami drzwi i okien. Bardzo tu spokojnie i przyjemnie. Rozwinal sie transport dorozkami, dotarl jednak tez kicz, bo konie i dorozki czesto przyozdobione sa myszkami MIki, czy Hello Kitty. Ale urzad miasta ma podobno tego zabronic.
Spostrzezenia natury ogolnej:
- w jednej restauracji bylam dzis atrakcja - pierwsza osoba z Polski
- po ponad tygodniu wciaz nie umiem wyregulowac cieplej wody pod prysznicem bo trzeba odpowiednio pokrecic jedynym kurkiem
- w umywalkach jest tylko zimna woda
- papieru toaletowego nie powinno sie spuszczac tylko wyrzucac do kosza. Zeby zniknal graniczy z cudem. A cienszy od naszej makulatury
- w daniach kroluje czarna i czerwona fasola. Dzis jadlam ja zmieszana z flakami blee
- najtanszym warzywem jest bialy ryz - ok.5zl za kg, oprocz tego maniok (ktory tez jest prawie w kazdym daniu)
- dzis ucieszylam sie na widok makaronu - zaczynam tesknic za znanym mi jedzeniem
- nie nacieszylam sie jeszcze swiezo wyciskanym sokiem pomaranczowym - pije go przy kazdej mozliwej okazji - kto by nie pil za 5zl za 0,5l ;) (do sniadania w hotelach zwykle jest za darmo :) )
-mnostwo tu garbusow, co zaowocowalo gra - mowisz kolor tego, ktory widzisz i uderzasz innych piescia w ramie
- przejechalismy juz ponad 1000km, z czego ja moze ze 200, bo najpierw mialam nieustajacy katar (w zyciu nie zuzylam tylu chusteczek), a potem goraczke -giganta
- drogi bywaja prywatne i wtedy moga byc nawet 4 pasy w jedna strone, stanowe tez sa zwykle ok, oprocz spowalniaczy (na szosie, wtf??) Jako osoba do tego nieprzyzwyczajona kilka razy wyskoczylam ;) Bardzo duzo tez radarow, ale zawsze znak ostrzegajacy przed nimi troche wczesniej (ale moga byc bardzo czesto, co tez spowalnia i denerwuje)
Zdjec dorzuce i opisze jak bede miec lepszy dostep do netu.
Pozdrawiam upalnie (nareszcie!)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz